Wytłumaczyłbym to polityką grubej kreski, ale po prostu nie chce mi się na nowo walczyć z kodami źródłowymi, Htmlem {Word mi poprawił na Hitlera} i wszystkimi czynnościami wykraczającymi poza umiejętności przeciętnego użytkownika Pajączka. Tutaj mam gotowe szablony, a poza tym niema sensu uciekać od przeszłości, no i brakuje mi koszalińskich salonów, cycków, wódki i zakąsek. Wracam do redagowania pamiętniczka, bo czuję (tu wstaw sentencję z łaciny), no właśnie to czuję.
Obawiam się, że z powodu wielomiesięcznej absencji ostrze mojej zawsze tępej satyry będzie znaczyło tyle, co tego noża do masła, no ale nie jestem WO żeby tak sprawnie kąsać i podszczypywać, poza tym dzieciak jeszcze ze mnie.
Na początku sprawa nagląca. W gruncie rzeczy to nie wiem czy na niej nie poprzestanę, bo jak wiadomo już od paru miesięcy, dyskusja o muzyce jest passe. Ponadto straciłem pierwotne motywacje, będące przyczyną tak dużej amplitudy między jakością wcześniejszych wypocin. No ale, etyka, estetyka, erystyka w kąt, teraz czas na sprawy zwykłych ludzi.
Tak, specjalnie zmobilizowałem się do zawiązania wątku teraz – dwa miesiące przed maturą – by nikt mi potem nie mówił „Trzeba było się uczyć a nie w huja lecieć i na forum oneta płakać teraz.” Uczę się barany, żeby nie było, ostro zakuwam. No ale. Siostra nieraz przytaczała mi wypowiedzi swoich wykładowców, że „co to za dzieciaki teraz przychodzą, nic nie ogarniają”, „ szkoda że już nie ma egzaminów wstępnych, bo banda głąbów”, „Zajebałem jej bo zupa”. Rzecz nie dzieje się w żadnej z filii AHE, ale na czołowym wydziale germanistyki w Polsce. Na polibudach robi się rok zerowy, bo dzieciaki po liceach nie ogarniają akademickiej matematyki. Widomo, obecny system jest relatywnie najsprawiedliwszy, jednak boli mnie gdy widzę pewną powszechną sytuację, a oto jej najśmieszniejszy przykład.
By dostać się na dziennikarzenie na UJ abiturient, z tego co wyszukałem, potrzebował ok. 90procent z polskiego i angielskiego, plus mocny wynik ze słabiej liczonej historii lub wosa. Zaznaczam że to dane szacunkowe zebrane – podobnie jak rady zeszłorocznych maturzystów – na forach konkretnych wydziałów . Biorąc pod uwagę pociąg młodzieży do Tomasza Kammela i wzrost czytelnictwa prasy w społeczeństwie m.in. dzięki wejściu na rynek Axel Springera, łatwo zauważyć wzrost hajpu na tę profesję oraz na kierunek dający możliwość trudnienia się tak intratnym zajęciem.
Wydaje się, że w związku z coraz większym współczynnikiem obsadzenia jednego miejsca na liście rekrutacyjnej, uczelnia powinna dążyć do stworzenia jak najlepszego sita wychwytującego maturalnych farciarzy i patentowców, czyli jak wywnioskowałem, obwarowywać kierunek dodatkowymi przedmiotami. Wymagało by to od ucznia zdawania większej ilości egzaminów i osiągnięcia z nich względnie wysokich wyników, ale tym samym potwierdzałoby niejako pewną solidną wiedzę ogólną, podobno tak ważną na tym kierunku. Uczelnia tymczasem decyduje się na przeliczanie na punkty rekrutacyjne wyłącznie wyników z języka polskiego i obcego (w całym wywodzie mowa oczywiście o rozszerzeniach), co jak prognozuję będzie wymagało wyników oscylujących w granicach 95procent.
Jasne jest tym samym dla mnie, że ci panowiepanie, zupełnie jak mój nauczyciel języka angielskiego, nie wiedzą tak naprawdę jak wyglądają arkusze i jakie zadania stoją przed uczniami. A biorąc pod uwagę inne przedmioty, wyniki z tychże omawianych w tej sytuacji są chyba najbardziej niewymierne z możliwych.
Mianowicie, z powodu wzrostu nakładów rodziców na rozmaite korki, szczególnie z języka obcego, ale również masy ważniejszych czynników, których nie ma sensu w tym dyskursie (sounds kinda WO), znacząco wzrósł poziom znajomości języka angielskiego, co widać po wynikach matury podstawowej. To z kolei powoduje fikcyjne obniżenie się poprzeczki egzaminu rozszerzonego i wzrostu znaczenia każdego ułamku punktu, tak ważnego przy rekrutacji. W praktyce jedna niewykuta struktura gramatyczna może popsuć komuś ambitne plany przyszłościowe. Powszechna jest też nauka wypracowań metodą „w 3 linijce argument, w 4 struktura na poziomie pro, w 5 wytłumaczenie”.
Jeszcze większym psikusem jest egzamin z języka polskiego od tego roku składający się jedynie z pracy pisemnej. Każdy rozsądny nauczyciel potwierdzi, że napisanie go na ok.95% graniczy z poziomem robota. Oczywiście na taki wynik składają się również aspekty typu charakter pisma, humor egzaminatora, ilość uprzednio wypitych kaw i spędzonych godzin przez egzaminatora, znak zodiaku. Ale ale, i na to zwycięzcy zeszłorocznej rekrutacji mają patenty. Sparafrazuję, bo wybitnie nie chce mi się szukać, a więc z tego co pamiętam: użytkownik z chińskimi znaczkami w podpisie zalecał przerycie jakiejś akademickiej kobyły teoretycznoliterackiej i pisanie tematu z liryki – „no bo liryka jest schematyczna”. ‘Polały się łzy me czyste, rzęsiste’, no bo elo, zawsze myślałem że liczy się koncept, pomysł, piękne słowo, a tu wielkie wierutne kłamstwo od czasów Polaków nie gęsi.
I tak, maturzysta-idealista, mentalny gej czy jak inaczej, wierzy że doceni się jego interdyscyplinarność i zdaje trochę więcej przedmiotów niż trzy obowiązkowe. Wie, że jeżeli cała matura wyjątkowo na farcie polega, to wyniki z wyżej omówionych przedmiotów po wielokroć. Nie ma jednak siły ryć ze świadomością, że „nie może się potknąć, bo siedemnaście osób czeka tylko na to”. Sądzi, że uczelnia doceni jego ogólną, często bardzo solidną wiedzę i możliwości. Ni huja. Almamatery nie interesuje najwyraźniej kogo przyjmują, bo różnicy w umiejętnościach wymaganych na dany kierunek nie da się zbadać dwoma wybitnie niewymiernymi egzaminami przy tak małych różnicach procentowych.
Co dalej? Na omawiany kierunek dostają się pewnie często zdolni, acz niezdecydowani (nobo tomek kammel), a masa mądrych i twórczych dzieciaków przepada – bo nie przyfarciła. Taka jest procedura na wielu innych kierunkach, uczelniach, Bla bla.
Konkludując, na każde narzekania szkół wyższych odnośnie poziomu wiedzy studentów którzy: „takie mieli przecież wyniki, a nic nie umieją, niczym się nie interesują” odpowiadam, że w pewien sposób sami się przysłużyli do tego stanu rzeczy. Nie sugeruję odejścia od jakości w ilość, lecz przy obecnych, tak naprawdę mało zróżnicowanych poziomach matur pomysł z liczeniem większej liczby przedmiotów, szczególnie na pewne kierunki, wydaje mi się dużo sprawiedliwszy niż ten zaproponowany przez krakowską uczelnię.
Na miejscu byłoby napisać że bez offensa w stronę krakowskich dziennikarzy i inne ale wiadomo że nie oto mi chodzi conie (to jakby się ktoś przypadkiem przypałętał po wpisaniu w google „jakie progi prawo UJ”). Noi nie że aspiruję, zwyczajnie ten przykład najlepiej absurda obrazuje.
Teraz wątek osobisty bo oto chodzi co. Nienie, nie mierzyłem w ujotka, jednak mi też się nie daje szansy (ochach, ten mentalny gej to troszke ja). No ale, mnie nieco wyklucza brak drugiego języka na maturze, którego nie mogę niestety zdawać, bo dopiero od dwóch lat parle, i to niezbyt intensywnie. Tak więc znowu – ach znowu – wieśniaki dołem. Rozbieżności miejsko(że z wysoką zabudową i takimi przybytkami jak Izba wytrzeźwień)-wiejskie w tym aspekcie to temat na eseja, ale niejestem z peeselu żeby się za to teraz brać.
Aczkolwiek niezmordowane jednostki jeżdżą do poznania uczyć się rysować ( pociąg do 5 godzin), do szczecina leczyć ludzi (haha, szkoda że nie mam kompetencji wypowiedzieć się więcej o kursach maturalnych, bo tojest z pewnością świetny biznes) i płacą po 70zł za prezentacje, no ale łotewa, skoro już każemy płacić turystom za halibuta z parokrotną przebitką, to niech coś tam tego kapitału wróci na południe.
Docelowo jest to i tak do jednej osoby, dawno nikt mnie nie hajpował więc pewnie przejdzie bez echa, jednak zajęcie tego przydługiego stanowiska na gadugadu dawało mi poczucie porównywalne z pisaniem zaangażowanych tetrastychów na kartce wyrwanej z zeszytu. {pozwoliłem sobie niestosować cudzysłowów i starym zwyczajem emotikonów, zakładając że wypowiedź kieruję do czytelnika obeznanego w mojej nawijce). atak wogle to WO jes gość, tylko że coś musze wtracać.
Tak więc maturzystom radzę za nauczycielem „wal na czuja”, dosiego.